Zajrzałam i przeczytałam pierwszy post o decyzjach, które mnie przerażają. Prawie 2 lata temu, to było prawie 2 lata temu, a moja sytuacja wcale się nie zmieniła. Znowu nadszedł czas, kiedy moje życie ma się całkowicie zmienić, a ja ponownie się tym stresuję.
I czuję się z tym okropnie. I potrafię mówić do siebie w tak poniżający sposób, dołować siebie z powodu kilku porażek, kilku złych wyborów w życiu, że późniejsze próby odzyskania wiary w swoje możliwości wydają się niemożliwe. Nie zdawałam sobie sprawy jak silny jest nasz umysł. Jak bardzo to co mówimy do siebie, w głębi swojego umysłu, może wpłynąć na nasze samopoczucie. Na domiar złego, jak TRUDNO jest później wprowadzić siebie na poprawne tory. Żeby życie znowu nabrało pozytywnych kolorów. Żeby chciało się żyć i coś zmieniać, coś robić!
Jestem właśnie w punkcie, kiedy wiem, że tak dalej być nie może. że muszę coś zmienić i to natychmiast, bo później będzie już tylko gorzej. Tylko tak łatwo jest do siebie mówić źle... Takie to proste... O wiele trudniejsze jest pozytywne myślenie.
Krzywdzące słowa przychodzą tak prosto! A te kilka miłych i podnoszących na duchu słów nie chce przejść nawet przez wyimaginowane gardło. Najwidoczniej ta zasada nie odnosi się tylko do realnych kłótni, ale też do tych, które odbywamy z samym sobą.
Wiem, że powinnam o kimś z tym porozmawiać. Wiem, że potrzebuję kogoś kto mnie podniesie na duchu i poklepie po plecach mówiąc, że dam sobie radę! Potrzebuję wiedzieć, że ktoś we mnie wierzy.
Mam nadzieję, że to tylko przesilenie.